Muszę się jednak przyznać do kilku rzeczy.
To jest trochę tak jakby szukać rzeczy tam, gdzie ich zupełnie nie ma. Bo przecież szaleństwem byłoby uznać ślad za to, co ślad ów zostawia. Pamiętam jeszcze o tym więc nie zwariowałem, chociaż to wszystko zaczyna przypominać jakiś obłęd. I to obłęd coraz mniej kontrolowany.
Zastanawiam się z czym można to porównać. Obserwowali mnie od jakiegoś czasu. Najpierw za mną jechali. Stanęli za winklem domu i kukali jeden przez drugiego, co ja też robię takiego. To był jeden z tych starych domów jakie mijałem po drodze. Niektóre rozsypywały się czkając aż w ich murach wyrośnie trawa. Inne jak mantra mówiły te swoje „na prodej”. Było widać, że nikt nie chce od dawna ich kupić. Ten przed którym się zatrzymałem był z grona tych pierwszych. Kolejne lata zdążyły przełamać dach, który teraz ledwo wisiał nad tym wszystkim. Właśnie pod tym dachem rozegrała się ta scenka.
Tuż ponad porcelanowymi izolatorami stanowiącymi jedyny znak, że kiedyś dotarła tu cywilizacja, była kapliczka, a właściwie to, co po niej pozostało. I tym razem ślady okazały się trwalsze od konkretu, do którego widocznie czas ma łatwiejszy dostęp. Z tego wszystkiego, co zobaczyłem, wynikało, że stał tu kiedyś krzyż na którym on kiedyś wisiał. Pod krzyżem zaś miały stać dwie postaci. Nie będę zgadywał kim byli bo i tak to nic nie zmieni. Wyobrażam sobie to mniej więcej tak: któregoś dnia promienie słońca coraz bardziej wysuszały stare drewno, na drzazgi, na wiór, aż wypadły gwoździe, poprzeczna belka nie mogła się trzymać na słowo, słowo honoru, czy słowo co się ciałem stało, więc spadła, ci dwaj, ci dwoje, albo te dwie (w każdym razie te dwie postacie) znikły spod krzyża, razem z belką i rękami Boga. Bóg został sam. I nie tylko opuścili go ludzie, ale opuściły go także symbole. Nawet nie wiem co jest właściwie dla niego straszniejsze.
Co do tych, co pod krzyżem stali, to najpierw myślałem, że po prostu ze stoickim spokojem opuścili Boga. Potem przyszło mi do głowy, że ta lecąca w dół belka mogła ich pociągnąć za sobą, a nawet zabić. Może była w tym odrobina heroizmu. Poszedłem szukać ich w trawie. Zachwaszczone było jak cholera. Na parapecie z cegieł, ponad którym w oknie pływały na żółtej firanie łabędzie, wygrzewały się dwie jaszczurki. Kiedy zbliżyłem się za bardzo uciekły przez szparę do domu. Kucnąłem i przeczesywałem trawę. Chłopcy, którzy mnie śledzili zdążyli wyjść zza węgła i podjechać swymi bicyklami na mostek, przez który przed chwilą przechodziłem. Ośmielili się. Nie ma przecież potrzeby ukrywać się przed kimś kto zachowuje się jak wariat. Znalazłem belkę i przybite do niej ręce Boga. Ludzi nie było. To wszystko wprawiło mnie w jeszcze większe zakłopotanie. Bo albo oni sobie poszli, albo ktoś ich znalazł, ale jeśli tak, to czemu porzucił belkę i ręce Boga? A może zgnili. Przecież w konfiguracji Bóg – symbol – człowiek, przynajmniej teoretycznie, Bóg powinien być najtrwalszy, zaś człowiek najszybciej odchodzić w niebyt.
Jakkolwiek by nie było tych dwóch młodych Czechów patrzyło na mnie nie tylko z zainteresowaniem, ale i niekłamanym politowaniem. Potem pojechali mnie śledzić dalej.
0 Odpowiedzi do “Kraj którego nie ma (1)”