Ka-wa(wa)

Tak to wygląda w liczbach: 450 km, 9 godzin w pociągu, 40 minut w tramwaju, a potem jeszcze 30 minut czekania na klucz do pokoju. I jeszcze 48 w stolicy, 15 czekając na spóźniony pociąg i w nim znowu 9. Szybka kawa, prowizoryczne śniadanie i 8 godzin obrad. Ale świat nie składa się tylko z liczb. Pomiędzy nimi jest przecież niezliczona ilość wrażeń.

Najpierw kupiliśmy z J. bilety. Inna J. kupiła zaś „Wróżkę” w dworcowym kiosku. Idziemy na peron, a tu już ludzie grupkami stoją, dużo ich, a to dla tego, że się dzisiaj ferie kończą. Pociąg wjeżdża, trąbi, ludzie się trochę odsuwają, ja się nie odsuwam. Pociąg już jest zapełniony, bo z Karkonoszy ludzie wracają z urlopu. Stoję blisko torów dlatego pierwszy dopadam klamki i szukam wolnego przedziału.

Udało się. Siedzimy i umilamy sobie podróż. Nie tylko rozmowami. Co jakiś czas wychodzę na korytarz i – jak to się mówi – filuję, czy aby konduktor nie idzie. Po co? Nie, nie chodzi o bilety. Przecież nie jedziemy na gapę. Tak się akurat składa, że mam urodziny. Jaworzyna więc „Sto lat”. Żarów – „Niech żyje bal”. I „Prawy do lewego” gdzieś między Kątami a Smolcem. Rozmawiamy, żartujemy, J. czyta nam swój referat, czasem stoimy na korytarzu przy otwartym oknie. Tak jest do rana.

O 6.30 Marriott wespół z Pałacem podtrzymuje szare niebo. Zmarznięci czekamy na „siedemnastkę”. Wsiadamy. Trochę telepie, a motorniczy najwyraźniej się śpieszy. Za każdym razem gdy hamuje pasażerowie lecą w przód, jakby chcieli usiąść mu na kolana. Wysiadamy. Niektórzy się spieszą na pierwsze zajęcia ale my idziemy trochę wolniej. Chcąc nie chcąc, nasze torby trochę ważą. Potem jest kawa z automatu i czekanie aż nas zakwaterują. Potem jest druga, mokka, która wygląda trochę dziwnie. Jest tak, jakby ktoś zrobił kawę na rosole. Tłuste oka pływają na wierzchu, a ja już myślę, skąd oni mają wodę w kranach. Mamy wrażenie, że ciągną ją prosto z Wisły, tej samej, która płynie sto metrów dalej.

Obrady. Siedzimy, słuchamy, trochę przysypiamy. Potem jest przerwa kawowa. Po trzeciej kawie jest już trochę lepiej. Zaraz zresztą jesteśmy całkiem (p)obudzeni, bo J. staje za katedrą i referuje. Późnym popołudniem próbujemy się zdrzemnąć, bo nocną podróż każdy już czuje na powiekach.

Po dwóch godzinach „debaty” decydujemy się jechać do centrum. Jest 23. „Zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz”, „przez park po wielkich wyświechtanych liściach”. Środek lutego, ale tu śniegu nie ma. Do przystanku jest spory kawał drogi, park jest ciemny zaś tramwaj niebieski. Pod Pałacem Kultury dwóch chłopców, jeżdżąc, łopatami do śniegu wylewa wodę z lodowiska. Aleje, Emilii Plater, Świętokrzyska, Plac Defilad. Plac Defilad… i moja mapa z 1979 roku, na której kilkaset metrów dalej jest Dom Partii. Pod Novotelem znajdujemy w końcu otwarty pub. Wbrew pozorom nie było to takie łatwe. Kicz w „Kiczu” (bo tak się pub nazywa), a piwo 9 złotych. Pijemy i idziemy. Przy wejściu do przejścia podziemnego dwóch sprzedaje bazie przed Niedzielą Palmową i pociąga wino z plastikowej podręcznej zastawy. Za chwilę jedziemy nocnym, a jakiś „zmęczony” człowiek prawie kładzie głowę na ramieniu A.

Po przespanej nocy wykłady wydają się ciekawsze. W przerwach pijemy kawę i jemy ciasteczka. Atmosfera jest bardzo formalna, żeby nie powiedzieć napięta. Nawet już po obradach ludzie zamykają się w pokojach i trudno poznać kogoś z innej czelni. Trochę nas to dziwi, bo w Szklarskiej było inaczej. Paradoksalnie, zaczynamy poznawać ludzi już po zakończeniu konferencji, w kuluarach – jak to zwykły mówić lwy salonowe.

Pakujemy torby, sprzątamy i ruszamy do centrum. Najpierw na Centralnym kupujemy bilety. Mamy sporo czasu. Dziewczyny wkładają torby do schowka, a ja wkładam niepostrzeżenie koledze ulotki agencji towarzyskich do kieszeni. Będzie miał pamiątkę jak przyjedzie do domu. Chodzimy, trochę tu, trochę tam. Pizza Hut, stragan z książkami (Konwicki i czytadła dla „pensjonarskich panien”). Później ten epizod, o którym słysząc, pewnie by nasze matki zadrżały. A później się pociąg spóźnia. W końcu wsiadamy. Zmęczony usypiam, od czasu do czasu budzę się, pamiętam niewiele. Kończę, bo nie chciałbym więcej nakłamać.

1 Odpowiedź do “Ka-wa(wa)”


  1. 1 Mag 27 kwiecień, 2008 @ 1:10

    Pałac Kultury, kamienny tort przestrogi. Takim zjadał go Konwicki, dziś jest już trochę czerstwy, ale przełknąć się da.
    Warszawa, Warszawa, czym jest Warszawa bez Powązek?

Napisz odpowiedź