Wtedy jeszcze nieomal na każdej stacji istniało takie miejsce. Klucz do niego miał zawiadowca, albo dyżurny ruchu, ten bowiem zawsze był na stacji. Na jednej z małych stacji, dyżurnym był mój dziadek. W małej drewnianej kasetce obok futryny drzwi, w którą był wbity gwoździk do wieszania grzałki, wisiały wszystkie stacyjne klucze. Były tam klucze od biur: od biura zawiadowcy, w którym mógłby choćby jakiś polski dyżurny stawiać stemple kolejowe na pupie polskiej kasjerki, do biura odpraw towarowych, do kasy biletowej, kasy bagażowej, magazynu, kanciapy Tackowiaka i wreszcie do biura rzeczy znalezionych. Biura, w którym nie urzędowali ludzie, ale kurz, robak, i zatęchły zapach starych rzeczy. Ludzie zaglądali tu tylko czasem. Gdy ktoś coś zostawił, albo gdy ktoś chciał tu coś odnaleźć. Wtedy jeszcze ludzie myśleli, że rzeczy same w sobie mogą istnieć, istnieć same dla siebie. Dziś rzeczy nie istnieją jako takie, zawsze mają właścicieli, mogą ich tylko szybko zmieniać. Wtedy jeszcze nieomal na każdej stacji istniało takie miejsce i można było w nich znaleźć wiele interesujących przedmiotów, a nawet uczuć.
Biuro rzeczy znalezionych
Opublikowany 31 maj, 2008 Fabularnie , Wpisy 1 KomentarzTags: biuro, dziadek, kolej, rzeczy, stacja, znalezionych
Kraj którego nie ma (1)
Opublikowany 23 kwiecień, 2008 Fabularnie , Wpisy 0 KomentarzeTags: Bóg, Czechy, człowiek, jaszczurki, podróż, rowery
Muszę się jednak przyznać do kilku rzeczy.
To jest trochę tak jakby szukać rzeczy tam, gdzie ich zupełnie nie ma. Bo przecież szaleństwem byłoby uznać ślad za to, co ślad ów zostawia. Pamiętam jeszcze o tym więc nie zwariowałem, chociaż to wszystko zaczyna przypominać jakiś obłęd. I to obłęd coraz mniej kontrolowany.
Zastanawiam się z czym można to porównać. Obserwowali mnie od jakiegoś czasu. Najpierw za mną jechali. Stanęli za winklem domu i kukali jeden przez drugiego, co ja też robię takiego. To był jeden z tych starych domów jakie mijałem po drodze. Niektóre rozsypywały się czkając aż w ich murach wyrośnie trawa. Inne jak mantra mówiły te swoje „na prodej”. Było widać, że nikt nie chce od dawna ich kupić. Ten przed którym się zatrzymałem był z grona tych pierwszych. Kolejne lata zdążyły przełamać dach, który teraz ledwo wisiał nad tym wszystkim. Właśnie pod tym dachem rozegrała się ta scenka.
Tuż ponad porcelanowymi izolatorami stanowiącymi jedyny znak, że kiedyś dotarła tu cywilizacja, była kapliczka, a właściwie to, co po niej pozostało. I tym razem ślady okazały się trwalsze od konkretu, do którego widocznie czas ma łatwiejszy dostęp. Z tego wszystkiego, co zobaczyłem, wynikało, że stał tu kiedyś krzyż na którym on kiedyś wisiał. Pod krzyżem zaś miały stać dwie postaci. Nie będę zgadywał kim byli bo i tak to nic nie zmieni. Wyobrażam sobie to mniej więcej tak: któregoś dnia promienie słońca coraz bardziej wysuszały stare drewno, na drzazgi, na wiór, aż wypadły gwoździe, poprzeczna belka nie mogła się trzymać na słowo, słowo honoru, czy słowo co się ciałem stało, więc spadła, ci dwaj, ci dwoje, albo te dwie (w każdym razie te dwie postacie) znikły spod krzyża, razem z belką i rękami Boga. Bóg został sam. I nie tylko opuścili go ludzie, ale opuściły go także symbole. Nawet nie wiem co jest właściwie dla niego straszniejsze.
Co do tych, co pod krzyżem stali, to najpierw myślałem, że po prostu ze stoickim spokojem opuścili Boga. Potem przyszło mi do głowy, że ta lecąca w dół belka mogła ich pociągnąć za sobą, a nawet zabić. Może była w tym odrobina heroizmu. Poszedłem szukać ich w trawie. Zachwaszczone było jak cholera. Na parapecie z cegieł, ponad którym w oknie pływały na żółtej firanie łabędzie, wygrzewały się dwie jaszczurki. Kiedy zbliżyłem się za bardzo uciekły przez szparę do domu. Kucnąłem i przeczesywałem trawę. Chłopcy, którzy mnie śledzili zdążyli wyjść zza węgła i podjechać swymi bicyklami na mostek, przez który przed chwilą przechodziłem. Ośmielili się. Nie ma przecież potrzeby ukrywać się przed kimś kto zachowuje się jak wariat. Znalazłem belkę i przybite do niej ręce Boga. Ludzi nie było. To wszystko wprawiło mnie w jeszcze większe zakłopotanie. Bo albo oni sobie poszli, albo ktoś ich znalazł, ale jeśli tak, to czemu porzucił belkę i ręce Boga? A może zgnili. Przecież w konfiguracji Bóg – symbol – człowiek, przynajmniej teoretycznie, Bóg powinien być najtrwalszy, zaś człowiek najszybciej odchodzić w niebyt.
Jakkolwiek by nie było tych dwóch młodych Czechów patrzyło na mnie nie tylko z zainteresowaniem, ale i niekłamanym politowaniem. Potem pojechali mnie śledzić dalej.
W starym kinie
Opublikowany 18 kwiecień, 2008 Fabularnie , Wpisy 0 KomentarzeTags: album, Hitler, kino, niedziela, rosół, zdjęcia
Przez środek ulicy szedł mężczyzna z cylindrem na głowie. Szedł wymachując laską. Zupełnie nie zważając na takt muzyki, dzięki której powinien przecież nabrać elastycznego kroku tańcgibka, walił z buta przed siebie. A potem właził ten paralityk do kina, w którym siedział jakiś stary facet podobny do Jaruzelskiego i przez dziesięć minut opowiadał o czymś, co za chwile miało pojawić się na ekranie. Gadał mądrze, długo i monotonnie jak przystało na niedziele. Siedzieliśmy naprzeciwko niego. Nasze nogi nie dostawały do ziemi. Jak się nie ma kontaktu z ziemią to trudno się na czymś skoncentrować. W tym przypadku oczywiste jest, że pan statyczny jak świecznik tuż za nim, nie mógł liczyć na zainteresowanie. Babcia kręciła się w kuchni przy rosole. Rodzice wychodzili na dymka, a my nie wiedzieliśmy co zrobić z rękami. Jak już stary gadał zbyt długo to zdarzało się że któryś z nas wyłapał piąchą od drugiego. Któregoś tam dnia babcia dała nam ten album tylko po to żeby nas uspokoić. W kilka tygodni okazało się, że stary zasuwał z tego szklanego pudełeczka o naszym albumie. Byli tam żołnierze w mundurach, młode damy zbierające kwiaty, faceci w ciemnych płaszczach i kapeluszach na głowie, cwaniacy palący papierosy, czarne motocykle i czarne lokomotywy, kolejarze, lotnicy, marynarze, romantycy z fajkami w zębach i książką, w pozie nóżka na nóżkę, kandelabry, rowery, konie, ciemne uliczki, mężczyźni wyglądający na cinkciarzy, był nawet Hitler, który później okazał się naszym pradziadkiem. Wtedy zaczęliśmy oglądać uważniej filmy z cyklu „W starym kinie”. Wszystko po to by później siąść i układać dialogi, tworzyć fabuły, z albumu robić komiks. Nigdy nie zdarzyło się nam by któryś dostał w ryja nad albumem.
Ka-wa(wa)
Opublikowany 18 kwiecień, 2008 Wpisy 1 KomentarzTags: Aleje, kawa, Konwicki, Pałac Kultury, pociąg, Warszawa, wino

Tak to wygląda w liczbach: 450 km, 9 godzin w pociągu, 40 minut w tramwaju, a potem jeszcze 30 minut czekania na klucz do pokoju. I jeszcze 48 w stolicy, 15 czekając na spóźniony pociąg i w nim znowu 9. Szybka kawa, prowizoryczne śniadanie i 8 godzin obrad. Ale świat nie składa się tylko z liczb. Pomiędzy nimi jest przecież niezliczona ilość wrażeń.
Najpierw kupiliśmy z J. bilety. Inna J. kupiła zaś „Wróżkę” w dworcowym kiosku. Idziemy na peron, a tu już ludzie grupkami stoją, dużo ich, a to dla tego, że się dzisiaj ferie kończą. Pociąg wjeżdża, trąbi, ludzie się trochę odsuwają, ja się nie odsuwam. Pociąg już jest zapełniony, bo z Karkonoszy ludzie wracają z urlopu. Stoję blisko torów dlatego pierwszy dopadam klamki i szukam wolnego przedziału.
Udało się. Siedzimy i umilamy sobie podróż. Nie tylko rozmowami. Co jakiś czas wychodzę na korytarz i – jak to się mówi – filuję, czy aby konduktor nie idzie. Po co? Nie, nie chodzi o bilety. Przecież nie jedziemy na gapę. Tak się akurat składa, że mam urodziny. Jaworzyna więc „Sto lat”. Żarów – „Niech żyje bal”. I „Prawy do lewego” gdzieś między Kątami a Smolcem. Rozmawiamy, żartujemy, J. czyta nam swój referat, czasem stoimy na korytarzu przy otwartym oknie. Tak jest do rana.
O 6.30 Marriott wespół z Pałacem podtrzymuje szare niebo. Zmarznięci czekamy na „siedemnastkę”. Wsiadamy. Trochę telepie, a motorniczy najwyraźniej się śpieszy. Za każdym razem gdy hamuje pasażerowie lecą w przód, jakby chcieli usiąść mu na kolana. Wysiadamy. Niektórzy się spieszą na pierwsze zajęcia ale my idziemy trochę wolniej. Chcąc nie chcąc, nasze torby trochę ważą. Potem jest kawa z automatu i czekanie aż nas zakwaterują. Potem jest druga, mokka, która wygląda trochę dziwnie. Jest tak, jakby ktoś zrobił kawę na rosole. Tłuste oka pływają na wierzchu, a ja już myślę, skąd oni mają wodę w kranach. Mamy wrażenie, że ciągną ją prosto z Wisły, tej samej, która płynie sto metrów dalej.
Obrady. Siedzimy, słuchamy, trochę przysypiamy. Potem jest przerwa kawowa. Po trzeciej kawie jest już trochę lepiej. Zaraz zresztą jesteśmy całkiem (p)obudzeni, bo J. staje za katedrą i referuje. Późnym popołudniem próbujemy się zdrzemnąć, bo nocną podróż każdy już czuje na powiekach.
Po dwóch godzinach „debaty” decydujemy się jechać do centrum. Jest 23. „Zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz”, „przez park po wielkich wyświechtanych liściach”. Środek lutego, ale tu śniegu nie ma. Do przystanku jest spory kawał drogi, park jest ciemny zaś tramwaj niebieski. Pod Pałacem Kultury dwóch chłopców, jeżdżąc, łopatami do śniegu wylewa wodę z lodowiska. Aleje, Emilii Plater, Świętokrzyska, Plac Defilad. Plac Defilad… i moja mapa z 1979 roku, na której kilkaset metrów dalej jest Dom Partii. Pod Novotelem znajdujemy w końcu otwarty pub. Wbrew pozorom nie było to takie łatwe. Kicz w „Kiczu” (bo tak się pub nazywa), a piwo 9 złotych. Pijemy i idziemy. Przy wejściu do przejścia podziemnego dwóch sprzedaje bazie przed Niedzielą Palmową i pociąga wino z plastikowej podręcznej zastawy. Za chwilę jedziemy nocnym, a jakiś „zmęczony” człowiek prawie kładzie głowę na ramieniu A.
Po przespanej nocy wykłady wydają się ciekawsze. W przerwach pijemy kawę i jemy ciasteczka. Atmosfera jest bardzo formalna, żeby nie powiedzieć napięta. Nawet już po obradach ludzie zamykają się w pokojach i trudno poznać kogoś z innej czelni. Trochę nas to dziwi, bo w Szklarskiej było inaczej. Paradoksalnie, zaczynamy poznawać ludzi już po zakończeniu konferencji, w kuluarach – jak to zwykły mówić lwy salonowe.
Pakujemy torby, sprzątamy i ruszamy do centrum. Najpierw na Centralnym kupujemy bilety. Mamy sporo czasu. Dziewczyny wkładają torby do schowka, a ja wkładam niepostrzeżenie koledze ulotki agencji towarzyskich do kieszeni. Będzie miał pamiątkę jak przyjedzie do domu. Chodzimy, trochę tu, trochę tam. Pizza Hut, stragan z książkami (Konwicki i czytadła dla „pensjonarskich panien”). Później ten epizod, o którym słysząc, pewnie by nasze matki zadrżały. A później się pociąg spóźnia. W końcu wsiadamy. Zmęczony usypiam, od czasu do czasu budzę się, pamiętam niewiele. Kończę, bo nie chciałbym więcej nakłamać.